Witam moi mili
Przed chwilą przesunęłam się krok do przodu, taki mały raczej kroczek.
Przed napisaniem kolejnych zdań, przypomniało mi się takie oto spotkanie ze znajomą po latach:
Znajoma, która nic o mnie nie wie, gdzie pracuję, co robię, może tylko wysunąć wnioski z mojego wyglądu, samopoczucia, głosu, oczu (o ile to potrafi, a prawie każda kobieta posiada te umiejętności), pyta się co u mnie słychać?
Ja odpowiadam jej również pytaniem, ponieważ akurat nie mam ochoty na opowiadanie jej o sobie:
Po amerykańsku, czy po polsku?
Odpowiedź: po polsku.
Oznacza to, że oczekuje odpowiedzi: stara bieda (po polsku to jest zawsze źle).
Do czego zmierzam. Jestem tym pokoleniem, które zostało źle wychowane, w pewnym sensie oczywiście. Nic mi nie było wolno robić "dziwnego", żadnych odchyleń, żadnej inicjatywy, miałam być grzeczna, nie sprawiać problemu. Wszystkiego się bałam, nie miałam (i nie mam) odwagi, tchórzę przy byle okazji. Zawsze czuje się "ta gorsza". Teraz, gdy jestem osobą dorosłą raczej sobie z tym radzę, ale czasami nadal prześladuje mnie syndrom "szarej myszki pod miotłą". Aby wykonać coś więcej, krok do przodu, to ja muszę się strasznie zmuszać - zmuszać siebie, swój umysł, swój organizm. Wiecznie siebie samą do czegoś zaganiam.
Jedna część mnie mówi mi, że to jest niemożliwe, że sobie z tym nie poradzę, że to jest nie na moje siły i umiejętności. Druga ja mówi: dasz radę, musisz to zrobić, nie masz wyjścia, inni mogą dlaczego ty nie. Jeśli ta druga ja zwycięży, to właśnie idę krok do przodu.
O czym piszę.
Nie będę zagłębiać się w sprawy polityczne, mimo, że mają (tak myślę) ścisły z tym związek, ale nie o tym chcę pisać.
Ciężko się teraz żyje, społeczeństwo (a raczej jego pewna część) nie ma na tyle środków, by móc nimi swobodnie dysponować - widzę to u swoich wieloletnich klientek. Ogólna sprzedaż raczej spada (poza żywnością), a rękodzieła w sposób szczególny. Nie oszukujmy się, ale wszelkiego rodzaju ozdoby, bibeloty są ostatnie w łańcuchu potrzeb.
By utrzymać swoją firmę (opłacić ZUS, telefon, internet, utrzymanie firmy, podatek, dokupić brakujący asortyment itd), a o tym teraz myślę najbardziej, muszę wyjść ze sprzedażą w świat.
Stąd ten butik na DaWanda: http://pl.dawanda.com/shop/Acoya
Butik, bez tłumaczenia na język obcy, jest nadal widziany tylko w naszym kraju. Dlatego też należy go przetłumaczyć.
Dzisiaj siedziałam całe po południe, co ja piszę - cały czas siedzę i jeszcze zajmie mi to kilka dni przed komputerem, słownikiem, tłumaczem i własnie tłumaczę sklep na język angielski.
Dla innych to może kwestia kilku godzin, dla mnie to wieczność.
Angielskiego "uczyłam" się wiele razy, wiele lat bezskutecznie. jest to na pewno wynikiem jakiegoś może mojego do tego podejścia, braku systematyczności itp itd. Najczęściej to było tak: aby zaliczyć semestr, ponieważ zawsze ten język sprawiał i nadal sprawia ogromne trudności. Nie ogarniam go.
Dzisiaj okazało się, że jest mi do dalszych moich poczynań niezbędny, no i mamy problem.
Jak powiązać dwa wątki tego postu:
gdy wspominałam moim najbliższym koleżankom, o moich zamiarach, o tym, że muszę wyjść w świat, to patrzyły się na mnie jak na kosmitę, tzn. "daj sobie spokój, nic z tego nie będzie". Wtedy odezwała się moja pierwsza połowa i zdołowała mnie kompletnie, wprowadzając mnie w stan totalnej klęski. Na szczęście mam taki charakter i drugą "Ja" (czasami porównuje się do Scarlett O'Hara), że wstaję, otrzepię swoje pióra i udaje mi się pójść dalej, troszkę do przodu.
Właśnie dzisiaj przetłumaczyłam pierwszą broszkę, ogólne informacje w sklepie, opublikowałam to i otrzymałam już potwierdzenie (+ w Google w języku angielskim, że broszka się spodobała).
Czyli można, a dlaczego szara myszka? Wchodzę na tę europejską Dawandę i co widzę: (dla przykładu): broszki podobne do moich, w cenach 2 - 3 x większych. Dlaczego (pytam się siebie samej): twórca z Wielkiej Brytanii, broszki takie jak z mojej kolekcji kwiatowej sprzedaje po 16 euro (64 zł), a u nas 20 - 25 złotych to jest szczyt marzeń aby sprzedać. Dlatego, że tam płace są na dużo wyższym poziomie, inny jest standard życia, tym samym również samoocena, samopoczucie, a my jesteśmy zakompleksieni i zdołowani kompletnie (tak myślę, na własnej osobie i obserwacji wśród wielu moich znajomych - a mało ich nie mam).
Długi ten post. Piszę go dlatego, by namówić inne osoby, które nie mają odwagi, czegoś się boją, krępują, by jednak spróbowały pójść krok do przodu, o ile tego pragną.
Przypomniała mi się (już na koniec posta, by dłużej Was nie zanudzać) taka sytuacja: 16, może 17 lat temu (jeszcze przed urodzeniem mojego syna) byłam na zaproszenie mojej siostry w Londynie. Siostra zorganizowała mi 3 tygodniowe wakacje. W trakcie pobytu zwiedzałyśmy miasto, opalałyśmy się na trawie (a lato było wtedy tam wyjątkowo upalne), chodziłyśmy na różne imprezy. Pewnego dnia, po południu w trakcie robienia zakupów w Tesco, pani, a może pan - nie pamiętam zapytała się mnie, rzecz jasna po angielsku: gdzie się tak opaliłam: na słońcu, czy w solarium. Wystraszyłam się tak samym faktem, że ktoś coś do mnie mówi, że biegiem z tego sklepu uciekłam, zostawiając moją siostrę samą przy kasie. Sami zobaczcie jaki jestem tchórz (uwaga: to nie był mój pierwszy wyjazd zagraniczny, czy moje pierwsze spotkanie z obcym językiem, zdążyłam wcześniej zwiedzić troszkę Europy).
To tyle na dziś.
Pozdrawiam
Beata
Przed chwilą przesunęłam się krok do przodu, taki mały raczej kroczek.
Przed napisaniem kolejnych zdań, przypomniało mi się takie oto spotkanie ze znajomą po latach:
Znajoma, która nic o mnie nie wie, gdzie pracuję, co robię, może tylko wysunąć wnioski z mojego wyglądu, samopoczucia, głosu, oczu (o ile to potrafi, a prawie każda kobieta posiada te umiejętności), pyta się co u mnie słychać?
Ja odpowiadam jej również pytaniem, ponieważ akurat nie mam ochoty na opowiadanie jej o sobie:
Po amerykańsku, czy po polsku?
Odpowiedź: po polsku.
Oznacza to, że oczekuje odpowiedzi: stara bieda (po polsku to jest zawsze źle).
Do czego zmierzam. Jestem tym pokoleniem, które zostało źle wychowane, w pewnym sensie oczywiście. Nic mi nie było wolno robić "dziwnego", żadnych odchyleń, żadnej inicjatywy, miałam być grzeczna, nie sprawiać problemu. Wszystkiego się bałam, nie miałam (i nie mam) odwagi, tchórzę przy byle okazji. Zawsze czuje się "ta gorsza". Teraz, gdy jestem osobą dorosłą raczej sobie z tym radzę, ale czasami nadal prześladuje mnie syndrom "szarej myszki pod miotłą". Aby wykonać coś więcej, krok do przodu, to ja muszę się strasznie zmuszać - zmuszać siebie, swój umysł, swój organizm. Wiecznie siebie samą do czegoś zaganiam.
Jedna część mnie mówi mi, że to jest niemożliwe, że sobie z tym nie poradzę, że to jest nie na moje siły i umiejętności. Druga ja mówi: dasz radę, musisz to zrobić, nie masz wyjścia, inni mogą dlaczego ty nie. Jeśli ta druga ja zwycięży, to właśnie idę krok do przodu.
O czym piszę.
Nie będę zagłębiać się w sprawy polityczne, mimo, że mają (tak myślę) ścisły z tym związek, ale nie o tym chcę pisać.
Ciężko się teraz żyje, społeczeństwo (a raczej jego pewna część) nie ma na tyle środków, by móc nimi swobodnie dysponować - widzę to u swoich wieloletnich klientek. Ogólna sprzedaż raczej spada (poza żywnością), a rękodzieła w sposób szczególny. Nie oszukujmy się, ale wszelkiego rodzaju ozdoby, bibeloty są ostatnie w łańcuchu potrzeb.
By utrzymać swoją firmę (opłacić ZUS, telefon, internet, utrzymanie firmy, podatek, dokupić brakujący asortyment itd), a o tym teraz myślę najbardziej, muszę wyjść ze sprzedażą w świat.
Stąd ten butik na DaWanda: http://pl.dawanda.com/shop/Acoya
Butik, bez tłumaczenia na język obcy, jest nadal widziany tylko w naszym kraju. Dlatego też należy go przetłumaczyć.
Dzisiaj siedziałam całe po południe, co ja piszę - cały czas siedzę i jeszcze zajmie mi to kilka dni przed komputerem, słownikiem, tłumaczem i własnie tłumaczę sklep na język angielski.
Dla innych to może kwestia kilku godzin, dla mnie to wieczność.
Angielskiego "uczyłam" się wiele razy, wiele lat bezskutecznie. jest to na pewno wynikiem jakiegoś może mojego do tego podejścia, braku systematyczności itp itd. Najczęściej to było tak: aby zaliczyć semestr, ponieważ zawsze ten język sprawiał i nadal sprawia ogromne trudności. Nie ogarniam go.
Dzisiaj okazało się, że jest mi do dalszych moich poczynań niezbędny, no i mamy problem.
Jak powiązać dwa wątki tego postu:
gdy wspominałam moim najbliższym koleżankom, o moich zamiarach, o tym, że muszę wyjść w świat, to patrzyły się na mnie jak na kosmitę, tzn. "daj sobie spokój, nic z tego nie będzie". Wtedy odezwała się moja pierwsza połowa i zdołowała mnie kompletnie, wprowadzając mnie w stan totalnej klęski. Na szczęście mam taki charakter i drugą "Ja" (czasami porównuje się do Scarlett O'Hara), że wstaję, otrzepię swoje pióra i udaje mi się pójść dalej, troszkę do przodu.
Właśnie dzisiaj przetłumaczyłam pierwszą broszkę, ogólne informacje w sklepie, opublikowałam to i otrzymałam już potwierdzenie (+ w Google w języku angielskim, że broszka się spodobała).
Czyli można, a dlaczego szara myszka? Wchodzę na tę europejską Dawandę i co widzę: (dla przykładu): broszki podobne do moich, w cenach 2 - 3 x większych. Dlaczego (pytam się siebie samej): twórca z Wielkiej Brytanii, broszki takie jak z mojej kolekcji kwiatowej sprzedaje po 16 euro (64 zł), a u nas 20 - 25 złotych to jest szczyt marzeń aby sprzedać. Dlatego, że tam płace są na dużo wyższym poziomie, inny jest standard życia, tym samym również samoocena, samopoczucie, a my jesteśmy zakompleksieni i zdołowani kompletnie (tak myślę, na własnej osobie i obserwacji wśród wielu moich znajomych - a mało ich nie mam).
Długi ten post. Piszę go dlatego, by namówić inne osoby, które nie mają odwagi, czegoś się boją, krępują, by jednak spróbowały pójść krok do przodu, o ile tego pragną.
Przypomniała mi się (już na koniec posta, by dłużej Was nie zanudzać) taka sytuacja: 16, może 17 lat temu (jeszcze przed urodzeniem mojego syna) byłam na zaproszenie mojej siostry w Londynie. Siostra zorganizowała mi 3 tygodniowe wakacje. W trakcie pobytu zwiedzałyśmy miasto, opalałyśmy się na trawie (a lato było wtedy tam wyjątkowo upalne), chodziłyśmy na różne imprezy. Pewnego dnia, po południu w trakcie robienia zakupów w Tesco, pani, a może pan - nie pamiętam zapytała się mnie, rzecz jasna po angielsku: gdzie się tak opaliłam: na słońcu, czy w solarium. Wystraszyłam się tak samym faktem, że ktoś coś do mnie mówi, że biegiem z tego sklepu uciekłam, zostawiając moją siostrę samą przy kasie. Sami zobaczcie jaki jestem tchórz (uwaga: to nie był mój pierwszy wyjazd zagraniczny, czy moje pierwsze spotkanie z obcym językiem, zdążyłam wcześniej zwiedzić troszkę Europy).
To tyle na dziś.
Pozdrawiam
Beata
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz