wtorek, 8 października 2013

Post bez tytułu

Witam Kochani
Nie udało mi się zrealizować w 100% zamierzonych celów na dziś.
Prawie cały dzień pracowałam na komputerze, wstawiałam nowe wyroby (niektóre wcześniej już publikowane tu na blogu) do swojego nowego butiku w DaWanda: http://pl.dawanda.com/shop/Acoya, a mimo to nie pojawiły się w całości zapowiadane propozycje.
Wszystko wykonuję jakoś dużo wolniej, albo może za dużo planuję. Nadal mam tyle pracy, że nie jestem w stanie jej ogarnąć. Postanowiłam, że zacznę tworzyć coś nowego z biżuterii z chwilą opublikowania, wstawienia wszystkich prac do butku. Mam jednak dosyć dużo propozycji i to zarówno wyrobów dla Pań, dekoracji do domu, czy obrazów. Troszkę mi się z uzupełnianiem oferty w butiku zejdzie.
Aby zapanować nad tym wszystkim,  swoje wyroby przeniosłam do tzw. "dużego pokoju", chociaż on akurat nie jest największy, nast. wykonuję zdjęcia, opisuję i wstawiam do sklepu. Wtedy też oferowane wyroby przenoszę do Pracowni. Tak codziennie noszę się z tym wszystkim, ale po woli zaczyna się robić jakiś porządek.
Nadal mam za dużo rzeczy w mieszkaniu, będę w przyszłości próbowała coś z tym jeszcze zrobić. Nadal nie ma harmonii i spokoju, nadal mnie to wszystko męczy. Pocieszam się jednak, że już pewne kroki zostały poczynione (aukcje domowej biblioteczki), wyprzedaż "Bolesławca", segregacja odzieży i wiele tym podobnych.
To chyba z wiekiem przychodzi taka potrzeba wyciszenia i spokoju, bo odczuwam tę potrzebę bardziej teraz niż kiedykolwiek wcześniej. Nigdy mnie ta nadprodukcja rzeczy zbędnych nie męczyła.
Ostatnio przeczytałam artykuł (nie jeden zresztą, taka chyba tendencja teraz panuje) o minimalizmie i ograniczeniu swojego materialnego świata. Rozmawiałam o tym z rodziną i doszliśmy do wniosku, że w naszym domu, gdyby chcieć ten proces przeprowadzić bezbólowo to potrwał by  wiele lat. Takie gromadzenie jest bez sensu, tracimy na to czas, pieniądze, gonimy z pracy do pracy, by zrealizować kolejne materialne zachcianki - czasami w ogóle nam nie potrzebne. Zamiast cieszyć się rodziną, wzajemnymi relacjami, dziećmi to spędzamy czas na magazynowaniu "śmieci". Te moje wynaturzenia tutaj i teraz to nie mądrość życiowa, czy taki charakter, wiedza, nie. Ja też przez lata gromadziłam to co jest naprawdę nam do życia niekonieczne. Widzę to dopiero teraz i zazdroszczę  niektórym, że są tacy poukładani od zawsze, od dziecka. Ja musiałam przeżyć tyle lat, by do tego dorosnąć. Każdy dojrzewa inaczej, może dobrze, że w ogóle dojrzewa. Nie twierdzę, że mamy pozbyć się wszystkiego co nie jest w kategorii: konieczne; myślę raczej o ograniczeniu i o szanowaniu, (dbaniu) tego co już posiadamy. Pewien procent rzeczy jest nam niezbędny do życia, do realizacji naszych planów, marzeń, a część jest takich, które sprawiają, że żyje nam się milej, ładniej,  że czerpiemy z nich pełnię radości (tych ostatnich przez lata natworzyłam pół strychu).
Trudno jest się w tym procesie nie zgubić, zatrzymać. Zewsząd jesteśmy bombardowani nowymi produktami, nowymi lepszymi pomysłami, które ułatwiają nam życie, pomagają w wykonywaniu podstawowych czynności. Ale w tym momencie przychodzi mi na myśl takie pytanie i odpowiedź: Po cóż nam najlepszy, najszybszy robot kuchenny, najnowszej generacji, jak nie mamy czasu nawet go wyjąć z pudełka -  jesteśmy w kolejnej pracy, ponieważ doszła kolejna rata do spłaty (tym razem za robot). Wiem o czym piszę, krótko, ale tak pracowałam. Koło się zamyka. Te potrzeby powinny być wyważone, stosownie do naszych możliwości. Łatwiej jest o tym pisać niż to zrealizować, wszystko to wiem, znam, przeszłam przez to.
Wydaje mi się, że odkąd mam własną firmę (firma to za duże słowo dla określania mojej Pracowni), sama muszę zdobywać środki na wszelkie opłaty, półprodukty, a najpierw te środki zarobić to bardziej oceniam potrzebę zakupu czegokolwiek i oglądam pieniądze "dwa razy". Przez całe lata byłam na pensji, małej pensji służby zdrowia. "Dorabianie się" , nadbudowa, urządzanie mieszkania i cały szereg  sytuacji temu towarzyszący nie wywoływały u mnie takiej potrzeby analizowania wydatków, ich zasadności, konieczności, jak teraz, kiedy każda złotówka jest samodzielnie, ciężko zarobiona.
To że pracuję w domu, może niektórym wydawać się szczytem marzeń - i ja tak myślałam pracując na tzw. etat. Wszystko się przypilnuje, ugotuje, posprząta, Rodzina wróci ze szkoły i pracy i została tylko czysta sielanka. Maseczka na twarz, książka do ręki, delikatna muzyczka, świece itp.
To niezupełnie tak. By utrzymać firmę (jaka by ona nie była) to trzeba się rozwijać, wykonywać mozolnie kolejne kroki do przodu. Przede wszystkim trzeba zapłacić wszelkie należności z nią związane. Aby to zrealizować należy zgromadzić potrzebne środki. Jak? Zarabiając na tym, czym nasza firma się zajmuje. I tu zaczyna się problem! Takich firm jak nasza jest tysiące, jak się wybić, wyróżnić, jak zdobyć klienta i zdążyć zarobić pieniądze na opłaty, na czas. Trzeba tyrać. Ja jeśli nie pracuję w sensie czysto fizycznym, to pracuję logistycznie. Próbuję nawiązywać nowe kontakty, zdobywać klientów, przypominać o sobie tym którzy już nimi są. Na bieżąco informować o nowinach. Cały czas się uczyć nowych metod, czujnie obserwować rynek (tutaj to ja niekoniecznie z niektórymi trendami idę pod rękę). Tworzyć nowe, niepowtarzające się kolekcje.
Zapewniam Was, że mój dzień pracy w firmie nie kończy się po ośmiu godzinach. Wygląda to raczej tak, że ja cały dzień pracuję, a w przerwach wykonuję niezbędne czynności domowe. Teraz widzę, ile się trzeba napracować, by zarobić na opłaty, na "życie" i jakieś tam drobiazgi. Może stąd ten minimalizm?
Rozpisałam się nieco, zbyt może śmiało, zbyt osobiście, ale taka refleksja była we mnie już czas jakiś. Zbliżam się do drugiej rocznicy działalności mojej Pracowni (10.10), analizuję więc moje poczynania, a w tym świetle zauważyłam sprawy, których wcześniej w mojej świadomości nie było. A jeśli chodzi o firmę, to najlepsze co mogłabym w tej chwili zrobić, a mam tu na myśli obecną sytuacje ekonomiczną - zamknąć ją na zawsze. Tak mówi zdrowy rozsądek, ale ja od dziecka go za wiele nie miałam, więc pomimo wszystkiego, chcę tę firmę utrzymać, rozwijać, pracować. Wiele się przez te lata nauczyłam, wielu ludzi poznałam i wielu straciłam (na tych akurat nie specjalnie mi zależy). Ci, którzy we mnie wierzyli są nadal ze mną, przy mnie i to jest mój największy majątek.
Pozdrawiam
Beata


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz