Witam Kochani
Dzisiejszy dzień mniej aktywny niż wczoraj. Wizyta z dzieckiem u lekarza, bank, poczta, sklep itp - takie sprawy zajęły mi wiele czasu. W pracy, czyli mojej Pracowni nie robiłam dzisiaj nic. W domu to jak zwykle, pralka pierze, syn wiesza, zmywarka myje, syn wyjmuje, ja gotuję syn i mąż zjada. Oj nie do końca to prawda, też zjadam. Lubię dobre jedzenie, smakołyki i rarytasy. Najbardziej jednak lubię, niezależnie od tego co to jest (poza surową cebulą), gdy mi ten posiłek ktoś poda.
Dzień więc wyszedł taki troszkę relaksacyjny. Tak więc coś dla oka przygotowałam. Pokaz moich kwiatków (z jednego, tzw. dużego) pokoju. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Wiele z Was ma przepiękne kwiaty, okazy wręcz. Nie w tym rzecz. Otóż następuje u mnie faza odradzania się flory. Gdzieś piętnaście - osiemnaście lat temu miałam w domu busz, wszyscy zwracali uwagę na piękno i różnorodność moich kwiatów. Przez lata było to moje przysłowiowe "oczko w głowie". Miałam cudowne odmiany, sama wiele wyhodowałam z nasion. Było przepięknie zielono. Później coraz mniej czasu im poświęcałam, zapominałam wręcz, że istnieją. To był trudny czas: urodziłam dziecko, studiowałam, po macierzyńskim poszłam do pracy i jeszcze pracowałam dodatkowo. Kiedy więc ja miałam się tymi kwiatami zajmować. Usychały więc sobie po woli, aż zostało tylko kilka, najbardziej wytrzymałych. Tak to już jest, żeby coś mieć, to trzeba o to dbać. Myślę, że jest to dobry przykład również na nasze międzyludzkie relacje, przyjaźnie, miłość.
Dlatego też, teraz cieszę się z każdego nowego kwiatka jak dziecko, bo zaczyna się w domu zazieleniać. Kwiaty w domu dodają przytulności, uspakajają nasze emocje, działają na zmysły. Są nam potrzebne. Teraz o nie dbam, bo ponownie mam na to czas i chęć.
Oto one, pierwsze dwa to te, które przetrwały suszę stulecia:
Kwiatki na zdjęciu poniżej, to dzisiejszy nabytek. Są piękne. Muszę je tylko przesadzić do nowych doniczek, te są malusieńkie.
No i moje fiołki, też "nówki" - u mnie są od tygodnia, dwóch (?)
Dzisiejszy dzień mniej aktywny niż wczoraj. Wizyta z dzieckiem u lekarza, bank, poczta, sklep itp - takie sprawy zajęły mi wiele czasu. W pracy, czyli mojej Pracowni nie robiłam dzisiaj nic. W domu to jak zwykle, pralka pierze, syn wiesza, zmywarka myje, syn wyjmuje, ja gotuję syn i mąż zjada. Oj nie do końca to prawda, też zjadam. Lubię dobre jedzenie, smakołyki i rarytasy. Najbardziej jednak lubię, niezależnie od tego co to jest (poza surową cebulą), gdy mi ten posiłek ktoś poda.
Dzień więc wyszedł taki troszkę relaksacyjny. Tak więc coś dla oka przygotowałam. Pokaz moich kwiatków (z jednego, tzw. dużego) pokoju. Nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Wiele z Was ma przepiękne kwiaty, okazy wręcz. Nie w tym rzecz. Otóż następuje u mnie faza odradzania się flory. Gdzieś piętnaście - osiemnaście lat temu miałam w domu busz, wszyscy zwracali uwagę na piękno i różnorodność moich kwiatów. Przez lata było to moje przysłowiowe "oczko w głowie". Miałam cudowne odmiany, sama wiele wyhodowałam z nasion. Było przepięknie zielono. Później coraz mniej czasu im poświęcałam, zapominałam wręcz, że istnieją. To był trudny czas: urodziłam dziecko, studiowałam, po macierzyńskim poszłam do pracy i jeszcze pracowałam dodatkowo. Kiedy więc ja miałam się tymi kwiatami zajmować. Usychały więc sobie po woli, aż zostało tylko kilka, najbardziej wytrzymałych. Tak to już jest, żeby coś mieć, to trzeba o to dbać. Myślę, że jest to dobry przykład również na nasze międzyludzkie relacje, przyjaźnie, miłość.
Dlatego też, teraz cieszę się z każdego nowego kwiatka jak dziecko, bo zaczyna się w domu zazieleniać. Kwiaty w domu dodają przytulności, uspakajają nasze emocje, działają na zmysły. Są nam potrzebne. Teraz o nie dbam, bo ponownie mam na to czas i chęć.
Oto one, pierwsze dwa to te, które przetrwały suszę stulecia:
Kwiatki na zdjęciu poniżej, to dzisiejszy nabytek. Są piękne. Muszę je tylko przesadzić do nowych doniczek, te są malusieńkie.
No i moje fiołki, też "nówki" - u mnie są od tygodnia, dwóch (?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz