Witam Kochani
Ponieważ jest to mój pierwszy wpis w tym roku
Życzę
Wszystkim
Szczęśliwego Nowego Roku
zdrowia
miłości
i radości w każdym dniu tego 2013
roku
Trudno było mi się zmobilizować do pisania. Nie, dlatego, że brak tematu,
wręcz przeciwnie. Dużo się ostatnio wydarzyło w mojej sferze zawodowej, wiele
refleksji, przemyśleń.
Z dniem 30.12.2012 zakończył się
pewien etap pracy: zrezygnowałam z lokalu, w którym przez ostatnie 7 miesięcy
znajdowała się Pracownia Rękodzieła Artystycznego "Acoya".
Lokalizacja lokalu okazała się gwoździem do trumny w mojej firmowej
egzystencji.
Lokal był ładny, ustawny, zapanował w nim specyficzny sielski klimat, który
niemal pokochałam, a klienci polubili. Tak jak na początku działalności
stwierdziłam: "znalazłam swoje miejsce na ziemi", tak samo 7 miesięcy
później: "to nie jest to".
Lokal był w zasadzie w centrum miasta, ale nieco we wgłębieniu uliczki, nie
było go widać. Cena wynajmu nie była, aż tak duża za swój metraż, stąd ta
oferta była kusząca. Nic bardziej mylnego, o czym się sama przekonałam. Tańszy
lokal, na uboczu zdecydowanie mniej klientów, droższy, w centrum miasta, ale
klientów zdecydowanie więcej. Do Pracowni przychodzili klienci, którzy
wiedzieli, że coś takiego się tu znajduje lub zupełnie przypadkiem. Mimo, że dołożyłam
wszelkich starań, by rozreklamować to miejsce, wszystko okazało się
niewystarczające. Nie było klientów tzw. "z ulicy". Zdaję sobie
sprawę z tego, że może 7 miesięcy to za mało na zaistnienie w nowym miejscu,
ale podjęłam decyzję, która ma uchronić moją firmę przed inwestowaniem trudno
zarobionych środków w miejsce bez " ulicznego ruchu". Trzeba czasu, a
ja tego czasu w wymiarze finansowym po prostu nie mam. Marketing szeptany na
pewno przyniósłby wymierny efekt, ale tu czas nie jest sprzymierzeńcem.
Pierwsze miesiące działalności nie zapowiadały zastoju, który nazwałabym nawet
katastrofą. Powolny spadek zainteresowania, brak nowych klientów nastąpił od
połowy października, by całkowicie dać o sobie znać w grudniu, w miesiącu, w
którym oczekiwałam największego zainteresowania swoimi pracami. Za oknem
zrobiło się ciemno, mojej Pracowni w ogóle nie było widać (po części zastawiona
akcesoriami działalności znajdującej się w lokalu obok - tj wieńcami
pogrzebowymi. Nie mam żadnej pretensji, każdy dba o swoją działalność i wszystko w temacie).
Zrobiłam wiele błędów przez ten okres, wiele się nauczyłam, ale
najważniejsze dla mnie to poznanie nowych ciekawych ludzi. To było wspaniałe.
Zdecydowałam się na wyjście Pracowni z domu "do miasta",
ponieważ czułam akceptację i potrzebę istnienia takiego miejsca w moim mieście.
Nade wszystko brakowało mi ludzi, kontaktu z drugim człowiekiem, rozmowy o
wszystkim i o niczym (rodzina tego nie zastąpi). Dlatego też ten pomysł.
Praca w domu ma swoje zalety: nie musisz się rano zrywać ciut świt, możesz
wykonywać swoją pracę, kiedy chcesz, ale ma też wiele pułapek. Pracując w domu
ograniczasz swój kontakt z drugim człowiekiem, a w końcu jesteśmy zwierzęciem
społecznym i tego kontaktu potrzebujemy do prawidłowego rozwoju,
funkcjonowania. Praca w domu do ciągła wewnętrzna mobilizacja. Myślę, że w
przypadku kobiet jeszcze większa, ponieważ to kobieta widzi w domu zawsze
tysiące spraw do zrobienia. Pracując w domu trzeba się nauczyć oddzielić dom od
pracy, co jest w takiej sytuacji bardzo trudne. Gdy wychodziłam do Pracowni, to
nie było ważne, że jest coś tam w domu niezrobione, trzeba się śpieszyć i do
pracy. Teoretycznie, nie musiałam się spieszyć, przecież nie miałam kierownika,
który mnie rozliczy z godzin pracy, nie musiałam się podpisywać w kadrach itp..
To klient był moim największym kierownikiem, kadrowcem. Przez okres 7 miesięcy
nie otworzyłam Pracowni tylko 1 dzień, a to tylko, dlatego, że byłam tak chora,
że nie dałam rady wstać z łóżka. Pracownia była czynna od godziny 10 do 18, a
ja i tak najczęściej spędzałam w niej czas od 8 do 20. Na początku, dlatego, że
chciałam wykonać jak najwięcej prac, by asortyment był duży, zróżnicowany i
ciekawy. Później pracowałam, by dotrzymywać terminów napraw i innych zleconych
prac. Praca poza domem w moim przypadku miała oddźwięk również w sferze
rodzinnej. Po pierwsze mogłam sobie pozwolić na taką pracę, ponieważ mam
nastoletniego syna, którego nie muszę doglądać tak jak malucha. Tu też tkwi
pułapka. Nastolatek bardzo się ucieszy, gdy przez wiele godzin nie jest
kontrolowany. W przypadku mojego syna, który nie przysparza żadnych problemów
wychowawczych, jest kochanym czułym człowiekiem to za długo bez rodziców to
raz, za dużo niekontrolowanego dostępu do komputera to dwa. Zupełnie brak czasu
na rozmowy, (które z synem uwielbiamy), brak czasu na pomoc w nauce (trudno,
żeby od razu był geniuszem), ciągła irytacja z powodu niewykonanych prac w
domu. Chciałoby się w sposób perfekcyjny prowadzić dom i firmę. Niestety,
jestem zdania, że tego się nie da (przynajmniej w przypadku, gdy sami jesteśmy
zarówno producentem, sprzedawcą swoich prac, kierownikiem finansowym, specjalistą od marketingu, dostawcą, odbiorcą itd.). Za dużo spraw i prac na
jedną osobę. Trzeba się umieć na coś w danej chwili zdecydować. Ustalić
priorytety. Zatrudnić kogoś do pomocy.
Są też i zalety: mój syn nauczył się samodzielności. Musiał po szkole
sam przygotować sobie jedzenie, posprzątać, wykonać przydzielone mu obowiązki.
Jednak brak matki i kobiety w domu przez tyle miesięcy (jak wracałam do domu to
byłam w stanie tylko "ogarnąć bieżące sprawy, a zaległości się tylko
piętrzyły") widać gołym okiem w całym domu.
Poza złą lokalizacją Pracowni zrobiłam jeszcze wiele błędów
organizacyjnych. Z chwilą przejścia "do miasta" całkowicie
przekierowałam swoją aktywność w kierunku klienta rynku lokalnego, rezygnując
prawie, bądź utrzymując na minimum sprzedaż internetową (tak naprawdę to tylko
w grudniu ostro pracowałam nad sprzedażą internetową z obiecującym skutkiem).
To był duży błąd. Wiele osób dokonuje zakupów przez Internet, bo jest szybciej,
wygodniej. Sama do tej grupy się zaliczam, zakupy wykonuję niemal wyłącznie
przez Internet od lat, a tak zbagatelizowałam ten kanał dystrybucji. Owszem rozpoczęłam
współpracę z dobrym fotografem, w wystawianiu prac też miałam pomoc, ale to
wszystko nastąpiło za późno, dużo za późno.
Marketing w moim przypadku też był kulawy. Człowiek wszystkiego uczy się na
błędach, najlepiej własnych.
Kolejna sprawa to forma działalności Pracowni. Pragnęłam stworzyć miejsce,
w którym będę sprzedawać swoje prace, ale gdzie również je wykonywać. Chciałam
by klient na miejscu mógł sobie biżuterię skrócić, wydłużyć, dopasować,
porozmawiać, przymierzyć, dobrać np. do sukienki. Kolejna pułapka. Lubię
kontakt z drugim człowiekiem, rozmowy (z natury jestem gadułą), ale w tym
czasie nie pracuję. Bywały dni, wiele takich dni, że na rozmowach z klientami
(bez skutku w postaci zakupów, bo wtedy nie to wydawało się najważniejsze, sama
rozmowa była skarbem), mijało wiele godzin, godzin pracy. W tym czasie nic nie
wykonałam. Zaległości musiałam nadrabiać właśnie po 18. Ja w pracy muszę się
skupić, wyłączyć, tego w Pracowni nie dało się osiągnąć. Powstała sprzeczność:
pragnienie kontaktu z jednej strony, praca do wykonania z drugiej. Gdybym była
tylko sprzedawcą, to jak najbardziej ta forma byłaby doskonała, ale że jestem
również, a może przede wszystkim wykonawcą to już niekoniecznie.
Jak widać z powyższego wiele błędów udało mi się przedsięwziąć w tym
okresie, ale z drugiej strony to praktyczna lekcja ekonomii (tylko, czemu tak boli?.) Nie mam doświadczenia handlowego. W końcu
większą część swojego życia zawodowego spędziłam w służbie zdrowia. Nawet nie
to jest istotne gdzie, ale, w jaki sposób. Praca w instytucji jest
zorganizowana. Dostajemy zakres swoich obowiązków, wykonujemy je zgodnie z
ustalonymi procedurami. Mamy za zadanie wykonać swoją pracę prawidłowo,
profesjonalnie, szybko itp. We własnej działalności sami musimy sobie wszystko
to zorganizować. U mnie, typowego bałaganiarza, wszystko wdaje się być
działalnością spontaniczną, brak organizacji pracy, celów, środków itd. itp.,
Mimo, że, a może, dlatego właśnie, że sprawy potoczyły się tak jak opisałam to
nie zamierzam poddawać się, rezygnować z realizacji swoich marzeń, pomysłów i
zamykać działalności.
Zaczynam wszystko "od nowa".
Mimo wielu niepowodzeń, bezskutecznych i głupich wręcz działań nie
zrezygnuję ze swojej działalności na rzecz "bezpiecznej" pracy na etacie,
(której notabene nie ma, a jeśli coś bym nawet znalazła to po mojej 17 letniej
pracy w Zakładzie Medycyny Nuklearnej w cudownej atmosferze, wspaniałym zespole
wszystko inne wydaje się blade, nieciekawe). Zdecydowanie bardziej pociąga mnie
jednak walka o byt i przetrwanie.
Początek roku rozpoczęłam ciekawie, biorąc udział w szkoleniu: "Wzrost
produktywności szansą przedsiębiorców na Mazowszu" - rewelacja. Otworzyły
mi się oczy na wiele spraw, które zbagatelizowałam lub zapomniałam.
Działalność zaczynam od wprowadzenia wszystkich swoich wyrobów do sklepu
internetowego: www.acoya.eu.
Sklep wymaga też wielu poprawek, zawiera bardzo dużo błędów, o czym się
przekonałam po zapoznaniu się z kursem on-line:
Bezpłatny kurs e-mailowy o
tym,
jak prowadzić skuteczny sklep internetowy http://www.wzorowysklep.pl/
jak prowadzić skuteczny sklep internetowy http://www.wzorowysklep.pl/
Polecam!!!
Następnie będę promowała sklep na wszelkie znane mi sposoby.
Kolejny etap to wyrób biżuterii ślubnej, która w ubiegłym sezonie podobała
się i miała wielu nabywców.
Pragnęłabym również nawiązać stałą współpracę z galerią, sklepem w
zakresie sprzedaży swoich prac w Warszawie.
Rozważam również powrót Pracowni "do miasta" (kolokwialnie to
ujmując), ale już na innych zasadach i formie. Zobaczymy, co czas przyniesie.
Tymczasem zapraszam od jutra do sklepu internetowego: www.acoya.eu,
codziennie będę wstawiać nową biżuterię i nie tylko.
Wszystkich, którzy dotarli do tego miejsca gorąco pozdrawiam
Beata
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz