czwartek, 10 stycznia 2013

Nowy rok, nowe perspektywy, nowe zadania

Witam Kochani

Ponieważ jest to mój pierwszy wpis w tym roku 

Życzę
Wszystkim 
Szczęśliwego Nowego Roku
zdrowia
miłości
i radości w każdym dniu tego 2013 roku



Trudno było mi się zmobilizować do pisania. Nie, dlatego, że brak tematu, wręcz przeciwnie. Dużo się ostatnio wydarzyło w mojej sferze zawodowej, wiele refleksji, przemyśleń.

Z dniem 30.12.2012  zakończył się pewien etap pracy: zrezygnowałam z lokalu, w którym przez ostatnie 7 miesięcy znajdowała się Pracownia Rękodzieła Artystycznego "Acoya".





Lokalizacja lokalu okazała się gwoździem do trumny w mojej firmowej egzystencji.
 Lokal był ładny, ustawny, zapanował w nim specyficzny sielski klimat, który niemal pokochałam, a klienci polubili. Tak jak na początku działalności stwierdziłam: "znalazłam swoje miejsce na ziemi", tak samo 7 miesięcy później: "to nie jest to".
Lokal był w zasadzie w centrum miasta, ale nieco we wgłębieniu uliczki, nie było go widać. Cena wynajmu nie była, aż tak duża za swój metraż, stąd ta oferta była kusząca. Nic bardziej mylnego, o czym się sama przekonałam. Tańszy lokal, na uboczu zdecydowanie mniej klientów, droższy, w centrum miasta, ale klientów zdecydowanie więcej. Do Pracowni przychodzili klienci, którzy wiedzieli, że coś takiego się tu znajduje lub zupełnie przypadkiem. Mimo, że dołożyłam wszelkich starań, by rozreklamować to miejsce, wszystko okazało się niewystarczające. Nie było klientów tzw. "z ulicy". Zdaję sobie sprawę z tego, że może 7 miesięcy to za mało na zaistnienie w nowym miejscu, ale podjęłam decyzję, która ma uchronić moją firmę przed inwestowaniem trudno zarobionych środków w miejsce bez " ulicznego ruchu". Trzeba czasu, a ja tego czasu w wymiarze finansowym po prostu nie mam. Marketing szeptany na pewno przyniósłby wymierny efekt, ale tu czas nie jest sprzymierzeńcem. Pierwsze miesiące działalności nie zapowiadały zastoju, który nazwałabym nawet katastrofą. Powolny spadek zainteresowania, brak nowych klientów nastąpił od połowy października, by całkowicie dać o sobie znać w grudniu, w miesiącu, w którym oczekiwałam największego zainteresowania swoimi pracami. Za oknem zrobiło się ciemno, mojej Pracowni w ogóle nie było widać (po części zastawiona akcesoriami działalności znajdującej się w lokalu obok - tj wieńcami pogrzebowymi. Nie mam żadnej pretensji, każdy dba o swoją działalność i wszystko w temacie). 
Zrobiłam wiele błędów przez ten okres, wiele się nauczyłam, ale najważniejsze dla mnie to poznanie nowych ciekawych ludzi. To było wspaniałe.
Zdecydowałam się na wyjście Pracowni  z domu "do miasta", ponieważ czułam akceptację i potrzebę istnienia takiego miejsca w moim mieście. Nade wszystko brakowało mi ludzi, kontaktu z drugim człowiekiem, rozmowy o wszystkim i o niczym (rodzina tego nie zastąpi). Dlatego też ten pomysł. 
Praca w domu ma swoje zalety: nie musisz się rano zrywać ciut świt, możesz wykonywać swoją pracę, kiedy chcesz, ale ma też wiele pułapek. Pracując w domu ograniczasz swój kontakt z drugim człowiekiem, a w końcu jesteśmy zwierzęciem społecznym i tego kontaktu potrzebujemy do prawidłowego rozwoju, funkcjonowania. Praca w domu do ciągła wewnętrzna mobilizacja. Myślę, że w przypadku kobiet jeszcze większa, ponieważ to kobieta widzi w domu zawsze tysiące spraw do zrobienia. Pracując w domu trzeba się nauczyć oddzielić dom od pracy, co jest w takiej sytuacji bardzo trudne. Gdy wychodziłam do Pracowni, to nie było ważne, że jest coś tam w domu niezrobione, trzeba się śpieszyć i do pracy. Teoretycznie, nie musiałam się spieszyć, przecież nie miałam kierownika, który mnie rozliczy z godzin pracy, nie musiałam się podpisywać w kadrach itp.. To klient był moim największym kierownikiem, kadrowcem. Przez okres 7 miesięcy nie otworzyłam Pracowni tylko 1 dzień, a to tylko, dlatego, że byłam tak chora, że nie dałam rady wstać z łóżka. Pracownia była czynna od godziny 10 do 18, a ja i tak najczęściej spędzałam w niej czas od 8 do 20. Na początku, dlatego, że chciałam wykonać jak najwięcej prac, by asortyment był duży, zróżnicowany i ciekawy. Później pracowałam, by dotrzymywać terminów napraw i innych zleconych prac. Praca poza domem w moim przypadku miała oddźwięk również w sferze rodzinnej. Po pierwsze mogłam sobie pozwolić na taką pracę, ponieważ mam nastoletniego syna, którego nie muszę doglądać tak jak malucha. Tu też tkwi pułapka. Nastolatek bardzo się ucieszy, gdy przez wiele godzin nie jest kontrolowany. W przypadku mojego syna, który nie przysparza żadnych problemów wychowawczych, jest kochanym czułym człowiekiem to za długo bez rodziców to raz, za dużo niekontrolowanego dostępu do komputera to dwa. Zupełnie brak czasu na rozmowy, (które z synem uwielbiamy), brak czasu na pomoc w nauce (trudno, żeby od razu był geniuszem), ciągła irytacja z powodu niewykonanych prac w domu. Chciałoby się w sposób perfekcyjny prowadzić dom i firmę. Niestety, jestem zdania, że tego się nie da (przynajmniej w przypadku, gdy sami jesteśmy zarówno producentem, sprzedawcą swoich prac, kierownikiem finansowym, specjalistą od marketingu, dostawcą, odbiorcą itd.). Za dużo spraw i prac na jedną osobę. Trzeba się umieć na coś w danej chwili zdecydować. Ustalić priorytety. Zatrudnić kogoś do pomocy.
 Są też i zalety: mój syn nauczył się samodzielności. Musiał po szkole sam przygotować sobie jedzenie, posprzątać, wykonać przydzielone mu obowiązki. Jednak brak matki i kobiety w domu przez tyle miesięcy (jak wracałam do domu to byłam w stanie tylko "ogarnąć bieżące sprawy, a zaległości się tylko piętrzyły") widać gołym okiem w całym domu. 
Poza złą lokalizacją Pracowni zrobiłam jeszcze wiele błędów organizacyjnych. Z chwilą przejścia "do miasta"  całkowicie przekierowałam swoją aktywność w kierunku klienta rynku lokalnego, rezygnując prawie, bądź utrzymując na minimum sprzedaż internetową (tak naprawdę to tylko w grudniu ostro pracowałam nad sprzedażą internetową z obiecującym skutkiem). To był duży błąd. Wiele osób dokonuje zakupów przez Internet, bo jest szybciej, wygodniej. Sama do tej grupy się zaliczam, zakupy wykonuję niemal wyłącznie przez Internet od lat, a tak zbagatelizowałam ten kanał dystrybucji. Owszem rozpoczęłam współpracę z dobrym fotografem, w wystawianiu prac też miałam pomoc, ale to wszystko nastąpiło za późno, dużo za późno.
Marketing w moim przypadku też był kulawy. Człowiek wszystkiego uczy się na błędach, najlepiej własnych.
Kolejna sprawa to forma działalności Pracowni. Pragnęłam stworzyć miejsce, w którym będę sprzedawać swoje prace, ale gdzie również je wykonywać. Chciałam by klient na miejscu mógł sobie biżuterię skrócić, wydłużyć, dopasować, porozmawiać, przymierzyć, dobrać np. do sukienki. Kolejna pułapka. Lubię kontakt z drugim człowiekiem, rozmowy (z natury jestem gadułą), ale w tym czasie nie pracuję. Bywały dni, wiele takich dni, że na rozmowach z klientami (bez skutku w postaci zakupów, bo wtedy nie to wydawało się najważniejsze, sama rozmowa była skarbem), mijało wiele godzin, godzin pracy. W tym czasie nic nie wykonałam. Zaległości musiałam nadrabiać właśnie po 18. Ja w pracy muszę się skupić, wyłączyć, tego w Pracowni nie dało się osiągnąć. Powstała sprzeczność: pragnienie kontaktu z jednej strony, praca do wykonania z drugiej. Gdybym była tylko sprzedawcą, to jak najbardziej ta forma byłaby doskonała, ale że jestem również, a może przede wszystkim wykonawcą to już niekoniecznie.
Jak widać z powyższego wiele błędów udało mi się przedsięwziąć w tym okresie, ale z drugiej strony to praktyczna lekcja ekonomii (tylko, czemu tak boli?.)  Nie mam doświadczenia handlowego. W końcu większą część swojego życia zawodowego spędziłam w służbie zdrowia. Nawet nie to jest istotne gdzie, ale, w jaki sposób. Praca w  instytucji jest zorganizowana. Dostajemy zakres swoich obowiązków, wykonujemy je zgodnie z ustalonymi procedurami. Mamy za zadanie wykonać swoją pracę prawidłowo, profesjonalnie, szybko itp. We własnej działalności sami musimy sobie wszystko to zorganizować. U mnie, typowego bałaganiarza, wszystko wdaje się być działalnością spontaniczną, brak organizacji pracy, celów, środków itd. itp., Mimo, że, a może, dlatego właśnie, że sprawy potoczyły się tak jak opisałam to nie zamierzam poddawać się, rezygnować z realizacji swoich marzeń, pomysłów i zamykać działalności.
Zaczynam wszystko "od nowa".
Mimo wielu niepowodzeń, bezskutecznych i głupich wręcz działań nie zrezygnuję ze swojej działalności na rzecz "bezpiecznej" pracy na etacie, (której notabene nie ma, a jeśli coś bym nawet znalazła to po mojej 17 letniej pracy w Zakładzie Medycyny Nuklearnej w cudownej atmosferze, wspaniałym zespole wszystko inne wydaje się blade, nieciekawe). Zdecydowanie bardziej pociąga mnie jednak walka o byt i przetrwanie.
Początek roku rozpoczęłam ciekawie, biorąc udział w szkoleniu: "Wzrost produktywności szansą przedsiębiorców na Mazowszu" - rewelacja. Otworzyły mi się oczy na wiele spraw, które zbagatelizowałam lub zapomniałam.
Działalność zaczynam od wprowadzenia wszystkich swoich wyrobów do sklepu internetowego: www.acoya.eu.
Sklep wymaga też wielu poprawek, zawiera bardzo dużo błędów, o czym się przekonałam po zapoznaniu się z kursem on-line:     
Bezpłatny kurs e-mailowy o tym,
jak prowadzić skuteczny sklep internetowy http://www.wzorowysklep.pl/
Polecam!!!
Następnie będę promowała sklep na wszelkie znane mi sposoby.
Kolejny etap to wyrób biżuterii ślubnej, która w ubiegłym sezonie podobała się i miała wielu nabywców.
Pragnęłabym  również nawiązać stałą współpracę z galerią, sklepem w zakresie sprzedaży swoich prac w Warszawie.
Rozważam również powrót Pracowni "do miasta" (kolokwialnie to ujmując), ale już na innych zasadach i formie. Zobaczymy, co czas przyniesie.
Tymczasem zapraszam od jutra do sklepu internetowego: www.acoya.eu, codziennie będę wstawiać nową biżuterię i nie tylko.
Wszystkich, którzy dotarli do tego miejsca gorąco pozdrawiam
Beata


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz