Witam Was Gorąco!!!
Znowu mnie na blogu długo nie było, znowu cisza i niepokojący zastój. Ale to tylko złudzenie, chwilowy brak czasu i możliwości technicznych. Dzisiaj będzie o moim 1,5 tygodniowym pobycie w romantycznym, cudownym, a dla niektórych być może zbyt gwarnym mieście Neptuna.
Dla mnie i mojego syna to było jedenaście cudownych dni. Zupełnie spontanicznie, intensywnie pochłaniając każde chwile, zdarzenia, obraz.
pisałam, we wcześniejszych postach, że zakończyła się moja "warszawska kariera zawodowa". Niestety nie dla mnie jest wstawanie o 4.30, powrót 18 do domu. Dom i rodzina w takim układzie spadły na plan dalszy, moja Pracownia nie miała szans na wolne chwile. Utwierdziło się we mnie samej, że zdecydowanie bardziej zależy mi na rodzinie, prawidłowych wzajemnych relacjach, kontakcie z synem (z dojrzewającym synem!), który nadal potrzebuje matki i ojca, by w tym wszystkim się odnaleźć i trafić ostatecznie na właściwą ścieżkę, co kolokwialnie oznacza, że dziecka w tym wieku nie należy zostawiać samemu sobie, bo może sobie z tym nie poradzić.
Oczywiście to nie jest takie proste. Znowu jestem bez stałego dochodu, a z jednej pensji męża, nie bardzo da się wszystko ogarnąć. Moja Pracownia, moja działalność póki co nie daje stałych, stabilnych i zadowalających dochodów.
Uważam jednak, że ten rok - III klasa gimnazjum jest ważnym, o ile nie najważniejszym rokiem szkolnym w życiu "młodego" i muszę wszystkiego dopilnować.
Pisałam też wcześniej, że wyjeżdżam w ramach projektu Creative Poland do Gdańska, na Jarmark Dominikański. Wyjechałam z synem, Zaplanowaliśmy 3-4 dniowy pobyt, na ten też okres przygotowaliśmy się finansowo i ogólnie logistycznie.
Wyjechaliśmy w środę, na noc 31.07.13. Nocleg zapewniliśmy sobie w Akademiku Akademii Sztuk Pięknych, ul. Chlebnicka. Polecam!!!
Było nam tam cudownie. Pokoje 2 osobowe z łazienka, lodówką (co jest ważne latem), w samym centrum gdańskiej Starówki.
Czwartek spędziliśmy na pobieżnym zwiedzaniu starówki, zaznajamianiem się z lokalizacją targów i naszego stoiska.
W piątek, 02.08, w ramach wspomnianego projektu wzięliśmy udział w targach. Było zapewnione wszystko, co jest do takiej działalności niezbędne: namiot, stół, siedziska, opłata oraz miłe towarzystwo.
Moim jedynym zadaniem była promocja firmy i sprzedaż przywiezionej biżuterii. Tego dnia ze sprzedaży byłam zadowolona.
Po długim i uciążliwym dniu (przez niemal cały nasz pobyt było b. gorąco), wróciliśmy do naszego mieszkanka. Później kąpiel, kawa i w miasto: kolacja, zwiedzanie, spacery, odpoczynek na ławeczce na Długiej, kolejny spacer po ulubionych uliczkach i tak codziennie do godz. prawie 24. Było cudownie, ciepło, beztrosko. Pojawiła się myśl o przedłużeniu pobytu, co jednak było uzależnione od sprzedaży, bo nie byliśmy na dłuższy pobyt przygotowani (nawet kart ze sobą nie zabrałam, by nie zgubić).
Sobotę spędziliśmy zwiedzając oraz spędzając trochę czasu nad morzem, które nie wywołało euforii u syna i nie był zainteresowany kolejnymi kąpielami.
Niedzielę spędziliśmy "w pracy", tzn. wystawiliśmy się w ramach tzw. "stoiska jednodniowego". Upał był tak ogromny, że musiałam szukać zacienionego stanowiska, bo bez namiotu groziło to tylko jednym: porażeniem słonecznym.
W niedzielę zapadła decyzja o pozostaniu w Gdańsku. Zarobione środki posłużyły do zapłacenia pobytu, ale już w innym miejscu. Przenieśliśmy się do Bursy Gdańskiej, nie co dalej, warunki też nieco skromniejsze, ale o połowę taniej. Takim o to sposobem pozostaliśmy w Gdańsku do niedzieli.
W poniedziałek, po pracowitej niedzieli - urlop od pracy, zwiedzanie starówki dokładniej, odpoczynek, niezbędne bieżące zakupy. Jak pozostaje się w jednym miejscu nieco dłużej, w trakcie pobytu wszystkiego zaczyna brakować, a i ubrań było mało, więc należało prać. Ale to wszystko nic, to takie uroki.
Wtorek i środa - praca. Udało nam się pozyskać razem z Panią lekarz medycyny niekonwencjonalnej (z Mongolii) namiot. Prawdziwy duży, z podłogą i oświetleniem. Mieliśmy swój dach nad głową, cień, a do tego małe niepozorne stoisko na stoliku turystycznym zmieniło się w bardziej profesjonalne stoisko Pracowni. W tym miejscu muszę napisać o ludziach, których spotkałam, którzy podpowiedzieli mi co mam zrobić, jak się wystawić, zaprezentować, jak można prowizorycznie poszerzyć stoisko (za pomocą kartonów przykrytych obrusem). Udzielili mi wiele wiele bardzo cennych wskazówek, gdzie taniej mieszkać, gdzie się stołować, gdzie robić zakupy itp. Nowo poznany życzliwy człowiek, Pan ze stoiska po sąsiedzku, pożyczył nam wózka, byśmy nie musieli tych kamieni dźwigać.Spotkało mnie tam tyle życzliwości od osób obcych, że wystarczy na najbliższy rok, do kolejnego jarmarku. Od tej pory sprzedaż nie była taka uciążliwa i męcząca. Każdy dochodowy dzień pozwalał nam na realizację bieżących potrzeb oraz tych bardziej przyjemnych.
Czwartek - urlop i zwiedzanie Stoczni Gdańskiej, Portu oraz pobyt nad morzem wieczorową porą.
Piątek, połowa soboty (padał deszcz i byliśmy dotąd dopóki nie zmarzliśmy) i niedziela - praca.
To była dla mnie i mojego syna ogromna lekcja życia. Zobaczył jak ciężko trzeba pracować (10 - 20.00), w tym upale, siedząc czasami na małym stołeczku, by zarobić na bieżące potrzeby. Mam nadzieję, że z wyjazdu tego zapamięta również to, że życzliwe i miłe usposobienie, grzeczne zachowanie wraca do nas. Marudził czasami, że ja z wszystkimi rozmawiam, ale przekonał się, że dzięki dialogowi uczymy się nowych rzeczy, których nie ma w podręcznikach, czy informatorach turystycznych. To Ci ludzie z którymi rozmawiałam, pomogli mi później. To dzięki ich życzliwości i absolutnie bezwarunkowej potrzebie pomagania drugiej osobie spowodowali, że mieliśmy 1,5 tygodnia cudownych, niezamierzonych wakacji. Wszystkim bardzo mocno dziękuję i życzę, by w chwili, gdy będą tego potrzebowali znalazł się ktoś kto im pomorze.
Mój syn był bardzo zadowolony, Gdańsk go urzekł i "porwał". Nie chciał wracać.
Ja na tych wakacjach zobaczyłam, że mam bardzo odpowiedzialnego syna, odpowiedzialnego za mnie, za nas, za nasz biznes. Bardzo mi pomagał, nosił te ciężkie bagaże, czuwał nad wszystkim, budził mnie rano, gdy szliśmy do pracy.
Znowu mnie na blogu długo nie było, znowu cisza i niepokojący zastój. Ale to tylko złudzenie, chwilowy brak czasu i możliwości technicznych. Dzisiaj będzie o moim 1,5 tygodniowym pobycie w romantycznym, cudownym, a dla niektórych być może zbyt gwarnym mieście Neptuna.
Dla mnie i mojego syna to było jedenaście cudownych dni. Zupełnie spontanicznie, intensywnie pochłaniając każde chwile, zdarzenia, obraz.
pisałam, we wcześniejszych postach, że zakończyła się moja "warszawska kariera zawodowa". Niestety nie dla mnie jest wstawanie o 4.30, powrót 18 do domu. Dom i rodzina w takim układzie spadły na plan dalszy, moja Pracownia nie miała szans na wolne chwile. Utwierdziło się we mnie samej, że zdecydowanie bardziej zależy mi na rodzinie, prawidłowych wzajemnych relacjach, kontakcie z synem (z dojrzewającym synem!), który nadal potrzebuje matki i ojca, by w tym wszystkim się odnaleźć i trafić ostatecznie na właściwą ścieżkę, co kolokwialnie oznacza, że dziecka w tym wieku nie należy zostawiać samemu sobie, bo może sobie z tym nie poradzić.
Oczywiście to nie jest takie proste. Znowu jestem bez stałego dochodu, a z jednej pensji męża, nie bardzo da się wszystko ogarnąć. Moja Pracownia, moja działalność póki co nie daje stałych, stabilnych i zadowalających dochodów.
Uważam jednak, że ten rok - III klasa gimnazjum jest ważnym, o ile nie najważniejszym rokiem szkolnym w życiu "młodego" i muszę wszystkiego dopilnować.
Pisałam też wcześniej, że wyjeżdżam w ramach projektu Creative Poland do Gdańska, na Jarmark Dominikański. Wyjechałam z synem, Zaplanowaliśmy 3-4 dniowy pobyt, na ten też okres przygotowaliśmy się finansowo i ogólnie logistycznie.
Wyjechaliśmy w środę, na noc 31.07.13. Nocleg zapewniliśmy sobie w Akademiku Akademii Sztuk Pięknych, ul. Chlebnicka. Polecam!!!
Było nam tam cudownie. Pokoje 2 osobowe z łazienka, lodówką (co jest ważne latem), w samym centrum gdańskiej Starówki.
Czwartek spędziliśmy na pobieżnym zwiedzaniu starówki, zaznajamianiem się z lokalizacją targów i naszego stoiska.
W piątek, 02.08, w ramach wspomnianego projektu wzięliśmy udział w targach. Było zapewnione wszystko, co jest do takiej działalności niezbędne: namiot, stół, siedziska, opłata oraz miłe towarzystwo.
Moim jedynym zadaniem była promocja firmy i sprzedaż przywiezionej biżuterii. Tego dnia ze sprzedaży byłam zadowolona.
Po długim i uciążliwym dniu (przez niemal cały nasz pobyt było b. gorąco), wróciliśmy do naszego mieszkanka. Później kąpiel, kawa i w miasto: kolacja, zwiedzanie, spacery, odpoczynek na ławeczce na Długiej, kolejny spacer po ulubionych uliczkach i tak codziennie do godz. prawie 24. Było cudownie, ciepło, beztrosko. Pojawiła się myśl o przedłużeniu pobytu, co jednak było uzależnione od sprzedaży, bo nie byliśmy na dłuższy pobyt przygotowani (nawet kart ze sobą nie zabrałam, by nie zgubić).
Sobotę spędziliśmy zwiedzając oraz spędzając trochę czasu nad morzem, które nie wywołało euforii u syna i nie był zainteresowany kolejnymi kąpielami.
Niedzielę spędziliśmy "w pracy", tzn. wystawiliśmy się w ramach tzw. "stoiska jednodniowego". Upał był tak ogromny, że musiałam szukać zacienionego stanowiska, bo bez namiotu groziło to tylko jednym: porażeniem słonecznym.
W niedzielę zapadła decyzja o pozostaniu w Gdańsku. Zarobione środki posłużyły do zapłacenia pobytu, ale już w innym miejscu. Przenieśliśmy się do Bursy Gdańskiej, nie co dalej, warunki też nieco skromniejsze, ale o połowę taniej. Takim o to sposobem pozostaliśmy w Gdańsku do niedzieli.
W poniedziałek, po pracowitej niedzieli - urlop od pracy, zwiedzanie starówki dokładniej, odpoczynek, niezbędne bieżące zakupy. Jak pozostaje się w jednym miejscu nieco dłużej, w trakcie pobytu wszystkiego zaczyna brakować, a i ubrań było mało, więc należało prać. Ale to wszystko nic, to takie uroki.
Wtorek i środa - praca. Udało nam się pozyskać razem z Panią lekarz medycyny niekonwencjonalnej (z Mongolii) namiot. Prawdziwy duży, z podłogą i oświetleniem. Mieliśmy swój dach nad głową, cień, a do tego małe niepozorne stoisko na stoliku turystycznym zmieniło się w bardziej profesjonalne stoisko Pracowni. W tym miejscu muszę napisać o ludziach, których spotkałam, którzy podpowiedzieli mi co mam zrobić, jak się wystawić, zaprezentować, jak można prowizorycznie poszerzyć stoisko (za pomocą kartonów przykrytych obrusem). Udzielili mi wiele wiele bardzo cennych wskazówek, gdzie taniej mieszkać, gdzie się stołować, gdzie robić zakupy itp. Nowo poznany życzliwy człowiek, Pan ze stoiska po sąsiedzku, pożyczył nam wózka, byśmy nie musieli tych kamieni dźwigać.Spotkało mnie tam tyle życzliwości od osób obcych, że wystarczy na najbliższy rok, do kolejnego jarmarku. Od tej pory sprzedaż nie była taka uciążliwa i męcząca. Każdy dochodowy dzień pozwalał nam na realizację bieżących potrzeb oraz tych bardziej przyjemnych.
Czwartek - urlop i zwiedzanie Stoczni Gdańskiej, Portu oraz pobyt nad morzem wieczorową porą.
Piątek, połowa soboty (padał deszcz i byliśmy dotąd dopóki nie zmarzliśmy) i niedziela - praca.
To była dla mnie i mojego syna ogromna lekcja życia. Zobaczył jak ciężko trzeba pracować (10 - 20.00), w tym upale, siedząc czasami na małym stołeczku, by zarobić na bieżące potrzeby. Mam nadzieję, że z wyjazdu tego zapamięta również to, że życzliwe i miłe usposobienie, grzeczne zachowanie wraca do nas. Marudził czasami, że ja z wszystkimi rozmawiam, ale przekonał się, że dzięki dialogowi uczymy się nowych rzeczy, których nie ma w podręcznikach, czy informatorach turystycznych. To Ci ludzie z którymi rozmawiałam, pomogli mi później. To dzięki ich życzliwości i absolutnie bezwarunkowej potrzebie pomagania drugiej osobie spowodowali, że mieliśmy 1,5 tygodnia cudownych, niezamierzonych wakacji. Wszystkim bardzo mocno dziękuję i życzę, by w chwili, gdy będą tego potrzebowali znalazł się ktoś kto im pomorze.
Mój syn był bardzo zadowolony, Gdańsk go urzekł i "porwał". Nie chciał wracać.
Ja na tych wakacjach zobaczyłam, że mam bardzo odpowiedzialnego syna, odpowiedzialnego za mnie, za nas, za nasz biznes. Bardzo mi pomagał, nosił te ciężkie bagaże, czuwał nad wszystkim, budził mnie rano, gdy szliśmy do pracy.
Co do samego Jarmarku, to było na nim chyba wszystko, co na tę chwile można wykonać. Rękodzieło było cudowne. Biżuteria wykonywana we wszystkich technikach, filcowane rzeczy, urzekające malowane jedwabie, szyte, dziergane i malowane (np. na skórze) torebki, portfeliki. Asortyment wyposażenia wnętrz, od poduszeczki po dywany ręcznie tkane, gliniane i ceramiczne ozdoby i rzeczy użytkowe. Dla dzieci mnóstwo oryginalnych zabawek. Nie sposób wszystkiego wymienić, ja sama z braku czasu wszystkiego nie widziałam.
Jarmark miał bogatą oprawę artystyczną, codziennie coś działo się na terenie starówki i okolicznych uliczek - koncerty, przedstawienia, wystawy i wiele innych.
Do tego dochodzili artyści, którzy prezentowali swoje umiejętności i to zarówno muzyczne, czy też czysto manualne zręczności.
Każda niemalże uliczka rozbrzmiewała innym rodzajem muzyki, innym wiodącym instrumentem, co nadawało swoistego romantycznego klimatu.
O ile czas i możliwości pozwolą wrócimy tam w przyszłym roku.
Pozdrawiam
Beata



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz